wtorek, 4 sierpnia 2015

#lubiepolske

Cześć kociaczki! 
Wróciłam w niedziele z mojej corocznej wyprawy na Śląsk, która tym razem była wzbogacona o podróż do Warszawy. Tym razem do stolicy trafiliśmy ze względu na koncert AC/DC i wykorzystaliśmy go jako pretekst do zostania (w sumie) na trzy dni.
Tak więc dzisiaj pozwolę sobie na małą relację z wyjazdu :)


piątek, 3 lipca 2015

Festiwal polubień

Witam państwa, sto lat się nie widzieliśmy. Godzina jest późna stąd chęć do spania paradoksalnie ulatuje - drogie łóżko dlaczego mnie nie wołasz?
Skoro tej nocy bardziej kocha mnie komputer to może zabiorę się za jakiś luźny, a jednocześnie fantastyczny i soczysty temat? Przybliżę dzisiaj kilku "ulubieńców" ostatnich tygodni / miesięcy.


1. Muzyka - Spokojnie mogę okrzyknąć ją ulubieńcem życia i ulokować pomiędzy jedzeniem a spaniem. Należę do osób, które nie lubią opisywać muzyki, bo uważam, że powinno się ją poczuć i zrozumieć - w moim przypadku tyczy się to głównie kompozycji, tekst (choć równie istotny) zostawiam na drugim planie.
Po wprowadzeniu zapraszam do przesłuchania następujących utworów



Curly heads


Zapewne każdy zna lub przynajmniej kojarzy. Album, który jest i prawdopodobnie jeszcze długo będzie moim numerem 1. Bardzo lubię. Za całokształt. Kciuk w górę szczególnie za:


 -Burning Down
- M.A.B.

-Love Again 








środa, 7 stycznia 2015

Poświąteczny kryzys Szaraczka


Ha ha! Czytelniku - witaj znowu. Oto ja, rozpędzona jak ślimacza skorupka rzucona w ekran Twojego komputera (bądź innego sprzętu umożliwiającego czytanie różnych rzeczy).

Proszę państwa mamy środę, która dzisiaj przebrała się w kożuszek od poniedziałku i zrobiła z życia dramat. Po tej wspaniałej przerwie  pełnej ciast <radość>, wigilijnych pierogów <życie>, pierników <szczęście>  Następuje dzień bólu i cierpienia. 
Wstaję rano z płaczem. I jak już próbuję oszukać mój mózg śpiewając "słowik w kwiecie bzu" - potykam się o próg i z hukiem uderzam o parkiet - wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczą że to ten dzień - wracam do szkoły po tych wspaniałych trzech tygodniach obijania się i mówią do mnie "piłka w dłoń kochani, zapraszam do piwota"  (jeśli wiesz co to piwot - super *właśnie zbiłam Ci piątkę chwały* - ja nie wiedziałam, chociaż może powinnam).
Połowa z nas najchętniej udałaby się w stronę sklepu, który znajduje się po drugiej stronie ulicy, zakupiła złocisty trunek i wróciła z myślą, iż misja zakończona sukcesem.  
Nie. 
To by nie przeszło nawet u mojego wuefisty, który mimo złowieszczego wąsa jest chyba najbardziej wyrozumiałym nauczycielem w tej szkole. Trzeba zdać bieganie z piłką, żeby ocena na półrocze z tego wspaniałego przedmiotu prezentowała się z godnością w dzienniku.

Do czego dążę? Do tego, że nienawidzę długich przerw i egzystencjalnego bólu pośladków który po nich następuje. Jaki człowiek jest zdatny do życia o 5:47 rano po takim czasie grzania tłuszczu pod kocem!?

Tak się nastawiam. Tańczę i śpiewam o tym słowiku który tak entuzjastycznie zerwał się ze snu.
Lecz nie! Świat kategorycznie miażdży mnie każdego poranka który ma być piękny, a przecież zawsze wstaję prawą nogą...

... Ja wiem, że to tylko bezradne kwilenie leniwego dziewczęcia, którego życie to jedzenie i łóżko, ale świecie... przestań. Ja na prawdę się staram, więc po co te ogromne kłody pod nogi skoro moje korniki pozytywnego myślenia nie zdołają ich spożyć!?



! Miłego życia i licznych przygód hen w szerokim świecie !